Od kilku lat jesteśmy świadkami upokarzającego nas, polsko - rosyjskiego sporu o to, czy zbrodnia katyńska jest zbrodnią ludobójstwa, czy też nie.
Dla ogółu Polaków sprawa jest oczywista, jednak współczesna Rosja, jako następczyni prawna Związku Sowieckiego, nie zgadza się na kwalifikowanie tej zbrodni jako aktu ludobójstwa. Generalna Prokuratura Wojskowa Rosji oświadczyła, że „nie ma możliwości ustalenia kwalifikacji prawnej, na podstawie której skazano na śmierć Polaków”!
Akt ludobójczy nigdy nie ma „kwalifikacji prawnej”. Jest z samej swej natury aktem skrajnego bezprawia. Czy Niemcy mordujący Żydów za to, że byli Żydami, potrzebowali jakiejś „kwalifikacji prawnej”? Czy Turcy mordujący Ormian za ich narodowość i za religię potrzebowali „kwalifikacji”? Czy ukraińskie siekiery, spadające na głowy polskich kobiet i dzieci na Wołyniu potrzebowały „kwalifikacji”? A czymże się różni ta siekiera od sowieckiego nagana i sowieckiego gumowego fartucha zbroczonego krwią w mrocznej piwnicy NKWD w Twerze?
Mieczysław Smoleń, znawca historii Rosji i Związku Sowieckiego, pisze o ludobójstwie na obywatelach Rzeczypospolitej Polskiej w Związku Sowieckim, zwracając uwagę, że mianem ludobójstwa należy objąć nie tylko Katyń, ale także inne zbrodnie, których dopuściły się władze sowieckie, na przykład zbrodnie na więźniach politycznych, zabijanych z karabinów maszynowych na dziedzińcach więziennych lub zamurowywanych żywcem (udokumentowane przypadki)!
Nie ulega wątpliwości, że także nieludzkie sowieckie deportacje mieszczą się w oenzetowskiej definicji ludobójstwa, skoro ludobójstwem jest „rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego” (artykuł IIc konwencji ONZ). Zesłane żony i dzieci mordowanych polskich oficerów „witano” w kwietniu 1940 r. w Kazachstanie słowami: „Was tu zdzieś priwiezli, sztob wy podochli”
(„Przywieziono was tutaj, żebyście zdechli...). Za takimi słowami szły okrutne czyny w postaci „rozmyślnego stworzenia warunków życia”, czyli głodu i poniewierki. Jak rosyjscy prokuratorzy „kwalifikują” ograbienie i wyrzucenie z domów setek tysięcy polskich rodzin? O to nawet nie warto pytać, skoro mają problem z „kwalifikacją” strzałów w tył głowy.
Symboliczną datą dla zesłańczych cierpień Polaków jest dzień 10 lutego. Szacuje się, że tego dnia, w roku 1940, wywieziono w głąb Sowietów ponad 200 tysięcy obywateli RP – urzędników państwowych, działaczy samorządowych, osadników wojskowych, leśniczych i gajowych z rodzinami. Zaledwie dwa miesiące później, 13 kwietnia, wywieziono dalsze tysiące ludzi, wśród nich żony i dzieci mordowanych w Katyniu oficerów polskich. W lecie 1940 r. wywieziono znowu tysiące naszych współobywateli – nie tylko tych z Kresów, ale także tych, którzy dotarli tu uciekając przed Niemcami. W czerwcu 1941 r. wywieziono kolejne dziesiątki tysięcy ludzi. Drugą w tym miesiącu deportację, planowaną na 26 czerwca, powstrzymali Niemcy, uderzając na Związek Sowiecki.
Jest wielu Rosjan, którzy rozumieją polski ból i którzy nie chcą, by współczesna Rosja była także następcą ideowym zbrodniczego państwa komunistycznego. Pozostaje nadzieja, że to właśnie ci Rosjanie będą mieli decydujący wpływ na kształt swojego państwa i na stosunki z najbliższym sąsiadem na zachodzie. Tacy Rosjanie, jak prof. Natalia Lebiediewa, jak prof. Siergiej Słucz i ci wszyscy, którzy zaangażowali się w pracę dla Stowarzyszenia Memoriał. Powinniśmy szanować takich Rosjan, tak jak Mickiewicz szanował „szlachetną szyję Rylejewa”. Nie ma innej przyszłości między Polakami i Rosjanami jak zgodne współżycie, oparte na wspomnieniach wspólnych cierpień obu narodów, zadanych przez sowiecki system, zrodzony z diabelskiego tygla fałszywych idei. Jeśli Rosjanie tego nie zrozumieją, jeśli raz jeszcze dadzą się uwieść marzeniom o militarnej potędze swego państwa, kosztem cierpienia innych narodów, świat nie zazna spokoju.
Tymczasem pamiętajmy o tych wszystkich naszych rodakach, którzy w mroźny poranek, w sobotę 10 lutego 1940 r., ograbieni z wszelkiego majątku, pozbawieni przez zbrodniczą władzę sowiecką podstawowych praw ludzkich i obywatelskich, wyruszali bydlęcymi wagonami na zatracenie. Niektórzy umierali już w drodze, a na miejscu „osiedlenia” głodowali, chorowali, cierpieli niewyobrażalne katusze i upokorzenia, umierali, bo ostatecznie po to ich tam wywieziono. Ocalmy pamięć o tym cierpieniu, by historia mogła być dla nas i dla przyszłych pokoleń nauczycielką życia. Wykonajmy wolę śp. kapelana polskiej Golgoty Wschodu, ks. prałata Zdzisława Jastrzębca Peszkowskiego, który pragnął, by każdego 10 lutego wieczorem, aż do północy, we wszystkich polskich oknach płonęły światła pamięci.